Jak Bolesław Prus dał w Ossolineum upust swoim zainteresowaniom techniką

Fragment maszynopisu B.Prusa

Fragment maszynopisu B.Prusa

W pierwszy weekend września, jak co roku, odbyło się Narodowe Czytanie polskiej klasyki. Tym razem wybrano „Lalkę” Bolesława Prusa, powieść opublikowaną po raz pierwszy w 1890 r.

Wśród ossolińskich druków zwartych odnoszących się do autora tej powieści można odnaleźć nadbitkę z „Pamiętnika Literackiego” autorstwa Stanisława Fity zatytułowaną „Wizyta Bolesława Prusa w lwowskim Ossolineum”. Tekst ten ukazał się trzydzieści lat temu. Z racji Narodowego Czytania warto przypomnieć treść jego artykułu.

Podróż Prusa do Lwowa, rozpoczęta w czerwcu 1898 r., stanowiła zwieńczenie kilkutygodniowej ekspedycji po Galicji, odbytej na zlecenie Jana Gotliba Blocha, warszawskiego przedsiębiorcy i finansisty, zwanego także „królem kolei żelaznych”. Jej celem było „zebranie informacji i materiałów dotyczących stanu gospodarki, stosunków społecznych, oświaty i kultury w tej dziedzinie”.

Autor „Faraona” przybył do Lwowa bezpośrednio z Krakowa wieczorem w dniu 18 lipca. „Słowo Polskie” odnotowało jego przyjazd. W rubryce „Kronika miejscowa” podano, że następnego dnia Prus „odwiedził […] swych licznych znajomych w naszem mieście, a najdłuższy czas przepędził w Zakładzie Ossolińskich”.

W czasie tych dni pisarz bywał w Ossolineum kilkakrotnie. Nie chodziło mu tylko o realizację celów podróży, chciał także odwiedzić dwóch swoich dawnych znajomych. Jednym z nich był Tadeusz Czapelski, lwowiak, w latach 1874-1891 dziennikarz poczytnych pism warszawskich, który z autorem „Placówki” spotykał się w redakcji „Kuriera Warszawskiego”, a potem „Kuriera Codziennego”. Po powrocie do Lwowa otrzymał posadę w Ossolineum jako kierownik Czytelni dla Młodzieży i Szerokiej Publiczności. Nie porzucił jednak dziennikarskiej misji, co więcej, współcześni mu podkreślali, że zaniedbywał (nieco) swoje obowiązki bibliotekarskie i „otoczony gazetami, siedział […] przy swoim biurku i pisał korespondencje, artykuły do gazet albo redagował ważniejsze pisma dla dyrekcji Ossolineum. Był bowiem przez całe lata, aż do końca życia, nadwornym stylistą i kanclerzem Zakładu”. Jego zaangażowanie dziennikarskie niejednokrotnie dominowało rzeczone obowiązki bibliotekarskie, skoro „pozwalał on młodym bywalcom czytelni swobodnie buszować wśród półek z książkami”.

Temat rozmów obu dziennikarzy pozostaje nieznany, ale – jak pisze Stanisław Fita – jest niemal pewne, że Prus korzystał z Pracowni Naukowej, która w przeciwieństwie do czytelni (zamkniętej w lipcu i sierpniu) pozostawała w tym okresie otwarta. Tu przeglądał rozmaite statystyki, statuty, sprawozdania galicyjskich instytucji, stowarzyszeń, informatorów i przewodników”. Przytaczał je potem w swoich „Notatkach i sprawozdaniu z wycieczki po Galicji w 1998 r.”

Drugim jego znajomym był „pan naczelnik” – jak z uznaniem nazywano Władysława Bełzę – długoletniego sekretarza administracyjnego Zakładu, poetę, autora m.in. „Katechizmu polskiego dziecka”. Obaj znali się jeszcze ze studiów w Szkole Głównej w Warszawie. Bełza miał podjąć gościa „z wrodzoną mu życzliwością i gościnnością”, choć nie do końca miał ku temu powody. W 1870 r. na łamach „Tygodnika Wielkopolskiego” opublikował dramat Kasper Karliński, który został na tyle skrytykowany przez m.in. Bolesława Prusa, że zniechęcił Bełzę „raz na zawsze” do podejmowania jakichkolwiek prób dramatopisarskich.

Stanisław Fita przytoczył zabawny szczegół z ostatniej wizyty Prusa w ossolińskiej Książnicy. Dotyczył on maszyny do pisania, wynalazku, który autor „Lalki” (notabene uważa się go za pierwszego polskiego pisarza posługującego się tym urządzeniem) użytkował od 13 grudnia 1897 r, czyli od ponad pół roku. W listach do żony i przyjaciół pisarz wychwalał maszynę („bardzo bawi mnie ta nowa robota”) oraz podkreślał zalety („zecerzy będą zadowoleni, otrzymawszy zamiast niewyraźnego rękopisu porządny druk”). By osiągnąć biegłość w sztuce pisania na tym urządzeniu Prus przelewał na papier luźne refleksje oraz przepisywał wiadomości z „Gazety Codziennej”. Szybko uległ fascynacji nowym sposobem tworzenia („Nieoceniony to wynalazek. Odżyłem, odkąd go używam, robota mi idzie szybciej, a nie tak męczy […] dziś piszę już półtora raza szybciej niż piórem”). Dlatego też w trakcie lipcowej wizyty w Bibliotece Ossolineum, ten techniczny neofita nie mógł oprzeć się pokusie wypróbowania znalezionej tam maszyny do pisania. „Wystukał” dwie strony z dedykacją dla Bełzy i samej Biblioteki. Karty te, o formacie 25 x 21 cm i 34 x 21 cm, obecnie znajdują się w Dziale Rękopisów ZNiO.

Dla Bełzy napisał:

Do Jaśnie Pana Władysława Bełzy, mojego chlebodawcy i Dobrodzieja.

Dobry Panie! Bardzo proszę, zrób to Jaśnie Pan dla mnie i naucz się pisać na maszynie. A jeżeli kiedy znajdziesz się w obcym mieście, będziesz miał podwójną przyjemność: 1-mo, będziesz biegał, jak kot z pęcherzem, za maszyną, ażeby wykonywać na niej (z przeproszeniem) ćwiczenia, 2-do, gdy zaś szczęśliwie dopadniesz odnośnego przyrządu, wówczas obojętni widzowie zaczną traktować cię jak wariata.

Na odwrocie zaś można przeczytać:

Najświętsza Panno, formuj moją rękę, ażebym opisał Syna Twego mękę. We Lwowie ludzie są dobrzy, ale łaźnie liche. – Kto zbyt rano wstaje, do kozy się dostaje (niekiedy). – Zdaje mi się (może fałszywie), że we Lwowie trześnie [tj. czereśnie – GP] dłużej trwają aniżeli w Warszawie. – W jakiekolwiek pójdzie kraje – słoń słoniem, świnia świnią, a pies psem zostaje. – Nie rozumiem, dlaczego ta maszyna trzęsie się, jak gdyby była zaziębiona.

Maszynopis Bolesława Prusa

Maszynopis Bolesława Prusa

Wątek maszyn do pisania pojawia się w kolejnym, dłuższym tekście.

Dnia 25 lipca w Bibliotece Ossolineum znalazłem maszynę do pisania systemu Blickensderfera Nro 7, która wydaje mi się dość licha. Gdyby zaś było rzeczą przyzwoitą robić niekorzystne domysły, domyślałbym się, że w sławnem i stołecznem mieście Lwowie nie ma takiego mechanika, który znałby się na maszyna pisarskich… Ta bowiem maszyna, której mam zaszczyt dotykać, robi wrażenie albo nadpsutej, albo nieuregulowanej.

Życzę Bibliotece (jeżeli wolno wyrażać podobne życzenia), ażeby zdobyła się na kupno amerykańskiej maszyny Hammonda; nadto życzę miastu, ażeby: 1-mo, posiadało jak najwięcej ludzi piszących na maszynie (adwokacji, urzędnicy, literaci, przepisywacze itd.) i 2-do, ażeby zdobyło się na kilku dobrych majstrów), którzy by umieli poprawiać i regulować maszyny.

Muszę dodać, że maszyna pisarska pracuje długo, dobrze i opłaca się z lichwiarskim procentem, ale pod tym warunkiem, ażeby umiano się z nią obchodzić. W przeciwnym razie niszczy się bardzo prędko i – niesłusznie – zdobywa sobie tytuł kosztownej, a niepraktycznej zabawki.

(I piórem): N.B. uwagi powyższe nie dotyczą bynajmniej osób piszących na wymienionej maszynie, ale – stanu przemysłowego miasta, co do którego bodajbym się mylił… .

Swój tekst Stanisław Fita zakończył następującymi słowami: „życzenia dla Biblioteki Ossolińskich i miasta Lwowa, choć wyrażone w sposób żartobliwy, wcale nie dziwią: życzył im przecież Prus szybkiego wykonania następnego kroku na drodze ku nowoczesności”.

Chociaż autor „Kronik tygodniowych” szybko osiągnął kolejny stopień nowoczesności i choć maszyna umożliwiła pisarzowi szybsze tworzenie, to jednak okazało się, że z pomocą owego „odnośnego przyrządu” nie napisał niczego, co chociaż w minimalnym stopniu dorównywałoby czytanej ostatnio publicznie „Lalce”. Ale czy powodem tego był zakupiony w niedługim czasie po powrocie z Galicji aparat fotograficzny marki Kodak? Na to pytanie nie sposób odpowiedzieć.

 

/opr. Grzegorz Polak/

Ten wpis został opublikowany w kategorii Zbiory. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.